W Tarnowie grało się bardzo dobrze

Z Anną Seniuk rozmawiała Dorota Filip.

Lubi pani taką tułaczkę po Polsce. Czy to tylko praca czy również przyjemność?
To taki powrót do korzeni. Wiadomo – bierzemy wóz, zaprzęgamy konie i komedianci jadą w świat. To są stare, dobre tradycje, do których teraz ostatnimi laty wracamy. I to nie tylko ja, ale szereg moich znakomitych kolegów również zaprzęga konie i wyjeżdża. Jesteśmy bardzo gorąco i serdecznie witani. Powiem więcej – oczekiwani. Zawsze jest pełno ludzi, bardzo gorące przyjęcie i równie gorące podziękowanie i pożegnanie. Więc naprawdę warto, choć czasami jest to rzeczywiście męczące bo trzeba się śpieszyć, często wyjeżdża się nocą i wraca nocą. Ale jednak osłodą jest to, jak publiczność na nas czeka i jak nam dziękuje za przyjazd.
Kiedyś wyznała Pani, że Pani wielką miłością jest radio. Czy ta miłość przetrwała ciężkie dla radia czasy?
Tak, oczywiście, ona trwa nadal, aczkolwiek rzeczywiście już to radio jest mniej energiczne. Zapewne z powodu braku funduszy. Kiedyś nie było tygodnia żeby nie nagrywać audycji Teatru Polskiego Radia, poezji czy prozy. Teraz już bardzo rzadko chodzi się do radia, ale wciąż z ogromną przyjemnością. Jest to osobny rozdział naszego życia, ale jak z kolegami rozmawiam to okazuje się, że przez wszystkich nas kochany. Przez tą jego intymność, przez to że bezpośrednio nie jesteśmy narażeni na reakcję widowni. Dopiero po nagraniu mamy nadzieję, że nas przyjmą dobrze. I rzeczywiście ludzie słuchają i samego radia i Teatru Polskiego Radia. Przynajmniej ta część ludzi, która ma wymagania takie – no może nie wysokie bardzo, ale takie, iż wiemy, że dla nich warto grać. Mimo, że jak to mówią w polityce – to jest jakiś mały procent. Ale to że mały, to nie znaczy że jest gorszy.
Jak grało się w Tarnowie, w tej przecież nie do końca teatralnej sali?
Bardzo dobrze. Mam tylko nadzieję, że ludzie coś widzieli bo podłoga jest prosta. Ale jak patrzyłam z góry to wydawało mi się, że chyba byliśmy widoczni dla wszystkich.
To jest taka sztuka poetycka o miłości, więc sprawdza się na kameralnych scenach. Jest tu dobrze widziana. Na dużych scenach się ją gorzej gra. Jest repertuar, który wymaga szerokiego rozmachu, dużej sceny, dużej inscenizacji. Teraz gram w „Miłości na Krymie” Sławomira Mrożka w reżyserii Jerzego Jarockiego. To jest sztuka, z którą trudno będzie gdziekolwiek wyjechać. Właściwie chyba nigdzie, bo do tego potrzebna jest ogromna scena. Tam się gra zupełnie inaczej i inne są potrzeby inscenizacji.
Czy „Dzień Walentego” to sztuka na festiwal komedii?
Myślę że tak. Absolutnie tak. To że komedia to nie znaczy, że mamy zrywać boki i spadać z krzeseł. Przypominam, że wszystkie sztuki które pisał Antoni Czechow mają w podtytule „komedia”, mimo że dotyczą dramatycznych losów ludzi. Na komedii możemy się uśmiechać, nie musimy ryczeć i rechotać. Możemy obdarzać bohaterów uśmiechem i sympatią. „Dzień Walentego” jest tak napisany, że jest od uśmiechu do łez, od łez do uśmiechu. Konwencja taka trochę poplątana między Czechowem, a...kimś innym.
Odpowiada Pani konkursowa formuła festiwalu?
Ja jeżdżę wszędzie tam, gdzie jestem zapraszana. Nie sądzę, że konkursy powinno się omijać. To w końcu też jest jakieś wyzwanie. Zwłaszcza gdy tak jak przy tym festiwalu laureata wybiera publiczność. Zawsze uważałam, że nagroda publiczności jest najcenniejsza.
Dziękuję za rozmowę.
14.10.2009
Twój komentarz:
Ankieta
Moje tegoroczne wakacje spędzę:
| | | |