Zabieg odświeżający mózg
Rozmowa z Tomaszem Kowalskim, reżyserem spektaklu dla dzieci „Kukuryku na patyku, czyli o dwóch takich”.
Dlaczego właśnie bajka?
Bo lubię. Bo dzieci to jest bardzo wdzięczna, trudna, ale wdzięczna publiczność. I jak widzę, że one reagują, to wiem że zrobiłem dobrą robotę. Jak widzę, że się nudzą, to wiem że popełniłem błąd. Poza tym ja przy tym dziecinnieję, a to fajna sprawa – pięćdziesiąt lat i zdziecinnieć.
A co Pan jako mały chłopiec oglądał po raz pierwszy w teatrze? Pamięta Pan?
To była „Królewna Śnieżka” w teatrze „Groteska”. I powiem szczerze, że chyba już wtedy miałem w sobie zacięcie reżyserskie. Bo w Grotesce oni zrobili taki numer, że grali na podwyższeniu, Królewna Śnieżka była normalnej wielkości, a krasnale były małe i miały duże głowy. I pamiętam, że siedząc w jednym z dalszych rzędów, wstawałem i próbowałem dojrzeć, w czym tkwi tajemnica. A oni po prostu zrobili tak, że w podwyższeniu były rowki i chłopaki biegali w tych rowkach. Tym sposobem byli mali, mieli krótkie nóżki i duże głowy. To był mój pierwszy spektakl. Oglądałem później, także jako dorosły, sporo spektakli dla dzieci, które mnie po prostu śmiertelnie nudziły. Nie zdradzę gdzie, ale niedaleko od Tarnowa byłem na „Ani z zielonego wzgórza”, obok mnie siedział młody człowiek – to była chyba jakaś grupa zorganizowana, bo opiekowała się nimi siostra zakonna – i w pewnym momencie ten młody człowiek płaczliwym i wcale nie cichym głosem zapytał „Kiedy to się skończy”? Powiem szczerze, doskonale się z nim identyfikowałem, bo też się nudziłem. To właśnie jest koszmar każdego twórcy, a dzieci nie czują oporów przed wypowiedzeniem głośno tego, czego żaden dorosły powiedzieć by się nie odważył. Ja uwielbiam robić Wyspiańskiego, lubię robić dramaty, ale robienie spektakli dla dzieci jest takim odświeżającym mózg zabiegiem. Nie muszę wymyślać głębokiej filozofii, kombinować żeby było dziwnie, żeby było inaczej. Dzieci się nie łapią na takie rzeczy, jeżeli nie ma prawdy na scenie. Albo historia jest prawdziwa i one wchodzą w to, albo nie.
Uważa Pan, że dzisiaj do dzieci ze sceny powinno przemawiać się „Królewną Śnieżką”, „Czerwonym Kapturkiem” czy to powinno być już coś innego. Coś czego dzieci jeszcze nie odkryły.
Myślę, że jest to kwestia tylko jednej rzeczy – albo jest to dobrze zrobione, albo jest to zrobione źle. Wstyd się przyznać, ale „Anię z zielonego wzgórza” pierwszy raz przeczytałem w wieku 36 lat. Musiałem zrobić adaptację, więc musiałem przeczytać. Czytałem całą noc, czyli dopóki nie skończyłem i najnormalniej pobeczałem się przy tej książce. I gdy wreszcie skończyłem, pomyślałem, że zmarnowałem całe dzieciństwo nie czytając tej książki. No bo chłopcy nie czytają przecież „Ani...”. Więc jeśli ja się pobeczałem i tak mnie wzruszyła ta historia, to znaczy, że nie ma znaczenia czy coś jest współczesne, czy należy do klasyki. Ma być dobre. Jeśli dzieci posadzimy przy tym czy przy czym innym, to nie ma znaczenia co to jest i kto jest autorem. Jeśli będzie to dobre, one zawsze będą z tego czerpały coś dla siebie.
A skąd wybór właśnie „Kukuryku...”? Czyżby też przez późno przeczytany przypadek?
Nie, nie. To już świadomy wybór. Gdzieś widziałem przedstawienie tegoż autora i bardzo mi się spodobało. Zacząłem szukać i gdy to przeczytałem, pomyślałem że jest to tak wdzięcznie napisany tekst, że tylko zrobić, choć jest to właściwie samograj – niewiele jest do zrobienia. Trzeba to tylko równie wdzięcznie zagrać. Później, gdy już pracowaliśmy, okazało się, iż żeby to było wdzięczne to trzeba się solidnie przy tym napocić. Ale mój sukces polega na tym, że widz nie powinien zarejestrować, że tu w ogóle był jakiś reżyser. Moja reżyseria ukrywa się w aktorach, reszta robi się sama. I to mnie fascynuje.
Takiego spektaklu nie da się chyba wyreżyserować tak do końca. On trochę przecież oparty jest na improwizacji, bo musi być.
Improwizacja w teatrze musi zawsze być perfekcyjnie przygotowana. Kiedy robiłem ten spektakl w Olsztynie, po którymś spektaklu wiedziałem już, że dzieci na pytanie „co się rymuje ze słowem skrzynia?” zawsze krzyczą – dynia. Dorośli krzyczą – świnia, a dzieci nie wiem dlaczego, ale zawsze – dynia. I kiedy wystawialiśmy tę sztukę gdzie indziej, mówię do aktora – przygotuj sobie piosenkę ze słowem dynia bo będzie ci wtedy, a wtedy potrzeba. Uznał, że to mówię bzdury i przygotował sobie coś tam innego. I na generalnej z udziałem dzieci, pada jak zwykle pytanie - „co się rymuje ze słowem skrzynia.?” Cała sala ryczy – dynia. I ten drugi aktor, który siedzi wtedy w skrzyni nie wytrzymał, wyskoczył i krzyknął - „A mówił ci! Mówił ci!”. Więc improwizacja tak, ale przygotowana. Aktorzy też muszą widzieć na ile mogą sobie z dziećmi pozwolić. Zdarzają się przypadki, że dzieci wdzierają się na sceną. Trudno grać, gdy ma się wokół trzydzieścioro dzieci czepiających się kostiumu. A nie mogą dzieciaków przecież po prostu zrzucić, muszą coś wymyślić, ale muszą te przemyślenia mieć przygotowane wcześniej.
Jak gra się na takiej nieco mniejszej scenie? Nie przeszkadza?
Muszę to wszystko po prostu ścieśnić. Są warunki jakie są, ale przecież nasza scenografia to dwie skrzynie i kurtynka, więc na dobrą sprawę możemy to zagrać nawet w trochę większym przedszkolu czy w plenerze. Odpada oczywiście wtedy trochę rzeczy i trochę trików, jakie wykonujemy chociażby z pomocą dublerów, ale możemy zagrać wszędzie. Bo dla dzieci wciągająca jest akcja. Fajnie jest oczywiście nadrobić światłami, zrobić więcej tajemnicy, użyć tego wszystkiego czego używa się w teatrze. Ale tak naprawdę, gdyby aktorzy stanęli na tarnowskim rynku bez niczego i to zagrali, też dzieciaki oglądały będą z takim samym zaangażowaniem jak tu.
Dziękuję za rozmowę.
04.03.2010