Widzowie robią to za nas

Rozmowa z Bartkiem Kasprzykowskim i Szymonem Sędrowskim

„Kamienie w kieszeniach” to sztuka właściwie tragikomiczna. W Waszej adaptacji znalazła się jednak na festiwalu komedii. Co jest w niej takiego komediowego?
B.K. - Jest to tekst tragikomiczny, ale w naszej adaptacji, zwłaszcza w pierwszej części przeważają tony komediowe. Co jest zabawnego w spektaklu? Przede wszystkim konwencja. Jest to napisane na dwóch aktorów, a postaci jest kilkanaście.
Sz.S – Tak i daje to bardzo dużą frajdę. Zresztą myślę, że gdyby jej nie było to byśmy się za to mimo wszystko nie wzięli. Powoduje to oczywiście nieuniknione zmęczenie, bo jesteśmy na scenie dwie godziny z krótką przerwą i cały czas się wzajemnie eksploatujemy. Mieliśmy wątpliwości na początku, gdy już po godzinie wydawało się, że nie da się tego pociągnąć, ale najwyraźniej wszystko się da.
B.K – Do tej pory zagraliśmy już około osiemdziesięciu spektakli, więc na pewno się da.

Nie łatwo jest chyba grać kilka postaci równocześnie. Czy wśród nich macie jakieś swoje ulubione?
Sz.S - Trudno ocenić czy grać kilka różnych postaci równocześnie jest łatwo, czy trudno, tak jak trudno ocenić czy któreś z nich lubimy bardziej czy mniej.
B.K – Myślę, że to jest tak jak miłość do dzieci – nie wyróżnia się żadnego. Zresztą aktorzy często traktują swoje role jak rodzice swoje dzieci. Tutaj mamy dość duże przedszkole.

Spektakl trochę dezorientuje widza, przynajmniej na początku. Czy publiczność zawsze reaguje zgodnie z Waszymi oczekiwaniami?
B.K - Publiczność reaguje bardzo żywiołowo. Nawet jeśli na początku jest bardzo spokojnie, to zawsze na końcu otrzymujemy tą satysfakcjonującą nas reakcję. Widać w trakcie spektaklu jak to wraz z upływem czasu rośnie.
Sz.S - Przy „Kamieniach w kieszeniach” są takie etapy – pierwszy, kiedy rozpoczyna się spektakl i nie do końca dla widza jasna jest jego konwencja i drugi, gdy publiczność zaczyna ją mniej więcej odkrywać. I wtedy wspólnie jakby „dostrajamy dekodery”, dochodzi do tego momentu zadzierzgnięcia.
B.K - Tajemnica polega na tym, że kolejne postacie jakie pojawiają się na scenie, najpierw może trochę dezorientują, ale potem uruchamiają wyobraźnię widza. Dziejąca się i przekształcająca rzeczywistość tak naprawdę dzieje się w głowach widzów. „Kamienie w kieszeniach” to bardzo charakterystyczny rodzaj teatru – gdzieś określono to jako „szybka zmiana”. Często jest tak, że przejście z jednej postaci do drugiej trwa może dwie sekundy. I na podstawie tych już pokazanych spektakli wiemy, że wcale nie ma takiego znowu znaczenia ani scenografia, ani kostiumy. Okazuje się, że widzowi nie są potrzebne metry materiału. Tak samo jak scenografia, która zresztą w naszym przekonaniu wcale nie jest mała, a jeszcze na tej sześciometrowej scenie zajmuje bardzo dużo miejsca. Natomiast to co się dzieje w środku – w tych trzech kapsułach - toaletach, to jest kolejny świat. My stamtąd wydobywamy całą masę rekwizytów, z których tworzymy następne odsłony tego dramatu. Wystarczy znak i widz też wchodzi w tą konwencję, zaczyna się z nami bawić. To tak jak z dzieckiem, które bierze krzesło i uskutecznia w stosunku do niego pięćdziesiąt różnych zastosowań. To wszystko buduje wyobraźnia i okazuje się że bez względu na wiek, wyobraźnia właśnie jest motorem wszystkich działań. My korzystamy tu tylko z pewnych znaków. Często później jest tak, że ludzie mówią na temat pewnych, zagranych przez nas scen – ta scena w kościele mi się podobała, albo ta scena w barze mi się podobała. Nie mówią że podobała im się scena w której toalety stały tak czy inaczej. Bardzo precyzyjnie nazywają to, co my staramy się przekazać, więc to wszystko dzieje się w ich głowach. To jest taki trick – nas się podejrzewa o jakąś wybitną kreację aktorską, a tak naprawdę to widzowie robią to za nas. Kupują te postaci, mają dwie godziny żeby je kupić i później jakoś to już idzie.

Myślicie, że w takiej małej, kameralnej sali jak ta łatwiej będzie złapać kontakt?
Sz.S. - Trudno to ocenić, ale dobrze się gra w małej sali. Gra się wtedy do takiego bliskiego widza. Krótsza jest droga, żeby to poszło w jedną i w drugą stronę.

Jaka dla aktora jest różnica między teatrem a filmem?
B.K. - Zarówno do roli w serialu jak i do roli w teatrze podchodzi się tak samo starannie, po prostu używa się innych środków. Wiadomo, że teatr jest tą bazą od której wywodzi się to wszystko, co potem możemy wykorzystywać w filmie. Ale wszystko zaczyna się od teatru. W teatrze zaczyna się tak naprawdę od zera i dąży do uzyskania najbardziej zadowalającego efektu. Szuka scenograf, szuka choreograf, wszyscy szukamy, aby stworzyć coś, co musi ożyć . Praca przed kamerą to bardziej ogarnianie chaosu który zawsze panuje przy takiej pracy, oczywiście tak, aby nie wpłynęło to na jakość tego co się pokazuje.

Gra Pan nadal w krakowskim teatrze?
B.K
- Od początku 2007 roku nie gram już w teatrze w Krakowie. Współpracowałem krótko z teatrem „Bajka” w Warszawie, ale zakończyłem i tą współpracę. Teraz współpracuję tylko ze studiem „In Vitro”.

Już w dniu premiery w 2006 roku były plany, aby zagrać „Kamienie”... w wersji anglojęzycznej. Udało się?
B.K
- Na razie się nie udało przez moją zajętość, ale teraz może się uda jako że jestem bardziej wolny. Te plany ciągle są aktualne.

„Kamienie w kieszeniach” wygrają tegoroczną Talię?
B.K. - Przyjechaliśmy to wykosić. Ale zobaczymy jak sprawdzimy się w konfrontacji z gustem odbiorców.

Dziękuję za rozmowę.
16.10.2009
Twój komentarz:
Ankieta
Moje tegoroczne wakacje spędzę:
| | | |